Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wywiad. Pokaż wszystkie posty
wtorek, 7 stycznia 2020
Uroda Życia
„Silna baba” mówi o Małgorzacie Foremniak jej córka, Aleksandra Jędruszczak. „Ja o swojej mamie myślałam tak samo” – odpowiada Małgorzata Foremniak. Wspaniała rozmowa dwóch niezależnych i kochających się kobiet – o trudnej przeszłości, więzi, którą zbudowały po latach i mocy rozmowy.
poniedziałek, 14 października 2019
Małgorzata Foremniak: W życiu jest czas na bycie w związku i czas na bycie samemu. To bardzo zdrowe i twórcze
W aktorstwie kompleksy pojawiają się co chwila. Cały czas właściwie trzeba je z siebie zrzucać. Dopiero po pięćdziesiątce nabrałam dystansu do tego zawodu. Nie tyle pozbyłam się marzeń, ile złudzeń - mówi Małgorzata Foremniak.
Aga Kozak: Czy panią kiedykolwiek cokolwiek jest w stanie wyprowadzić z równowagi?
Małgorzata Foremniak: Na przykład wykład w radiu, trafiłam na niego przypadkowo podczas podróży samochodem. Ze sposobu formułowania zdań wynikało, że mówi do mnie człowiek wykształcony. Im dłużej go słuchałam, tym bardziej nie mogłam uwierzyć w to, co słyszę. Nietolerancja, szufladkowanie ludzi, wciskanie prawd uznanych za jedyne słuszne. Gardło się zaciskało. Czułam, jak wypełnia mnie irytacja, złość, gniew.
Powiedziałam sobie: nie, nie dam się temu ponieść.
Ćwiczy pani opanowanie?
Wciąż się uczę. Za uczucia i emocje, jakie gromadzimy, odpowiedzialni jesteśmy sami przed sobą. I tu nie ma „ściemy”, nie da się niczego zamieść pod dywan. Jak czegoś w sobie nie wyczyścisz, nie przerobisz, prędzej czy później zacznie cię uwierać, męczyć.
Nie trzeba czekać, aż się coś zmieni, aż zmieni się świat – sam go zaczynasz zmieniać, zaczynając od siebie.
Ale jakby pani powrzeszczała w stronę tego radia, też by pani ulżyło.
Z gniewem trzeba ostrożnie. Chcesz dać upust swojej frustracji, złości? To wal w poduszkę, boksuj worek treningowy, poskacz, idź do lasu i co masz na wątrobie, to wykrzycz.
Ale gdy nasz gniew sięga drugiego człowieka, robi się strasznie. Przekraczasz bezpieczną granicę. Tak się stało w Białymstoku podczas Marszu Równości.
Od wielu lat jeździ pani po Polsce jako jurorka „Mam talent”. Kogo pani widzi, gdy rozgląda się po ulicach?
Kiedyś łatwo można było poznać, kto na ulicy jest w Polsce przejazdem. Miał fajne ubranie i był bardziej kolorowy. Dziś od obcokrajowców różni nas coś innego: jesteśmy spięci, zestresowani, a przez to mniej życzliwi. Mało wierzymy w siebie.
Ludzie, którzy przychodzą do „Mam talent”, telewizyjnego show, w którym jest pani jurorką, też nie wierzą w siebie?
Ci, którzy pierwszy raz mają kontakt ze sceną, są zazwyczaj nieśmiali. Często nie są świadomi swojego talentu. A właśnie wśród nich zdarzają się prawdziwe kryształy. To wspaniale być – jako juror – świadkiem takiej chwili, gdy na scenie pojawia się niezwykła osobowość.
Sama przeszła pani trochę podobną drogę jak artyści z „Mam talent”.
W Radomiu, w liceum, na lekcji języka polskiego wystawiliśmy fragmenty „Ślubów panieńskich” Fredry. To wtedy po raz pierwszy usłyszałam, że granie Hesi dobrze mi wychodzi i że może coś powinnam z tym zrobić. Do Szkoły Teatralnej w Łodzi startowały dwie moje koleżanki z klasy. Kolega mnie namówił i dołączyłam do nich w ostatniej chwili. Tylko mnie się udało.
Czyli to nie był zawód wymarzony od dziecka?
Nie. Mnie wtedy interesowały stare, zaginione cywilizacje.
Do egzaminów do szkoły teatralnej było mało czasu. Nie nauczyłam się porządnie tekstów, na sześć zwrotek wiersza – trzy. Wiało grozą. Modliłam się tylko, by przerywano mi tekst w miejscu mi znanym. Miałam fart. Los mi sprzyjał. Nie mogłam uwierzyć, że przeszłam do drugiego etapu.
To wtedy obudziła się we mnie „fighterka”. Ryłam po nocach teksty. Nie chciałam zawieść siebie i losu, który dał mi szansę. Z czwartej tury egzaminów przeszłam tylko ja.
Kiedy do pani dotarło, że chce być pani aktorką tak naprawdę, nie z przypadku?
Praca na emocjach, z ciałem – to, czego uczyłam się na studiach, coraz bardziej mnie wciągało. A jednocześnie było dla mnie bardzo trudne. Otwierałam się emocjonalnie i nie umiałam się chronić.
W końcu przyszedł kryzys. Nie zdałam egzaminu, czekała mnie poprawka, a do tego spadłam z konia, pękły mi dwa kręgi, uszkodziłam kręgosłup i na trzy miesiące wsadzili mnie w gips. Otarłam się o kalectwo.
Początki w gorsecie były trudne. Najgorsza była bezradność, kiedy nie byłam w stanie sama siebie ogarnąć. To było krępujące, gdy rzeczy bardzo intymne musiała ze mną robić mama. Pamiętam, jak nie mogłam rano sama nałożyć gaci. Założyłam sobie, że to zrobię i będzie to moje zwycięstwo.
Ta walka z ciałem, złość, pokonywanie swojej nieporadności, zacięcie były niezłym treningiem woli.
Po wakacjach miałam mieć egzamin poprawkowy z prozy. Wybrałam tekst z „Dzienników” Zofii Nałkowskiej, fragment monologu kobiety dojrzałej, buntującej się przeciwko nieuchronnie upływającemu życiu. Gdy czas nie jest sprzymierzeńcem ciała, ale może być wsparciem dla ducha. Trudny tekst.
Zwłaszcza dla 20-latki?
…19-latki, bo do podstawówki poszłam rok wcześniej. Stanęłam przed komisją z tym gipsem od szyi po pachwiny i zaczęłam mówić. Stało się coś dziwnego, coś we mnie pękło. Przestałam się bać, czy zaliczę, czy nie, czy mnie przepuszczą dalej, czy skreślą. Połączyłam się z kobietą, która przemawiała tym tekstem.
Czułam jej smutek, rozgoryczenie, osamotnienie. I przez to, co przeszłam ze sobą, wtedy, na tym egzaminie, mówiąc ten tekst, rozumiałam bohaterkę i czułam, że ona rozumie mnie. Taka wymiana światów.
To było olśnienie. Spodobało mi się to i przekonało mnie do tego zawodu.
Smak klęski?
„Nie jest sztuką być aniołem w niebie, sztuką jest pozostać nim w piekle”. Taki był komentarz dziekana Michała Pawlickiego, gdy wezwał mnie na rozmowę. Byłam wtedy na trzecim roku. Dostałam główną rolę w filmie i tuż przed realizacją zrezygnowano ze mnie. Nie zrozumiałam tych słów wtedy. Że co? Mam spokojnie przyjąć do wiadomości, że odbiera się szansę młodemu aktorowi, bo wybór znanego jest bezpieczniejszy? Byłam rozgoryczona, miałam wielkie poczucie niesprawiedliwości.
Wielokrotnie te słowa rozbrzmiewały mi w głowie, gdy dostawałam w życiu obuchem w łeb. Gdy stawałam przed ścianą i musiałam dokonać wyboru, jak ją pokonać, sforsować. Użyć siły czy wrażliwości?
Wrażliwość to siła – twierdzi Brené Brown.
Wrażliwość jest siłą, gdy jej podstawą jest mądrość, znajomość siebie. Wtedy ma moc. Inaczej może nas samych skruszyć.
Pani wrażliwość była wystawiana na wiele prób.
O tak, było wiele zakrętów. Z niektórych o mało nie wypadłam.
Myślałam, że to aktorstwo da mi możliwość przeżywania wielu historii. A wyszło raczej odwrotnie: to ja przeżyłam wiele historii. Mam dobry materiał do tworzenia ról i życiorysów wielu kobiet. Z jednej strony to fajne, jest o czym pogadać, ale z drugiej strony musisz się bardzo postarać, by nie stało się balastem, byś nie miała betonowych butów.
Co to?
Chodzi o to, żeby przeszłość, doświadczenia nie ściągały nas w dół. Żeby to była tylko lekcja, z której wyciąga się wnioski i jedzie się dalej.
Mój znajomy Tybetańczyk zawsze mi powtarza: „Teraz jesteś w trakcie podroży. Prawdziwy dom jest tam” – i wskazuje palcem w górę. Lubię z nim rozmawiać, mówi takie proste prawdy, które porządkują mi myślenie. Układają system wartości. Wprowadzają balans między duchem a ciałem.
System zachodni, myślenie wyłącznie o materii, o posiadaniu – powoli nas wykańcza. Stajemy się odtwórcami, a nie twórcami życia. Powrót do duchowości jest dla nas ratunkiem, ale tej duchowości z głębi nas, niezależnej od niczego i nikogo. Poza jakąkolwiek religią. Bo religia, każda, prędzej czy później zniewala wolne myślenie.
Busolę dobra i zła od zawsze mamy w sobie. Trzeba jej tylko świadomie zacząć używać. Po to jest wolna wola.
Kiedyś śniło mi się, że zatrzymał się czas. Ludzie wychodzili z domów, z biur, z samochodów. Nic już nie mogło się wydarzyć, nie można było już niczego zmienić. Można się było tylko przyglądać temu, co się przeżyło. Niczym w filmie.
Życie jest cudem, póki jest. Można jeszcze naprawiać swoją historię, by nie ciągnęły się za nami jakieś „ogony”.
Rodzinne przekonania?
Jak najbardziej. Nie zdawałam sobie sprawy, jak wielki mogą mieć wpływ historie rodzinne, historie przodków na moje obecne życie, dopóki nie zaczęłam tego czyścić.
Mówi pani, że jednym z przekonań, których się pozbyła, było to, że „kobieta zawsze da radę”. Zdjęła to pani z siebie jak zbroję.
Moi rodzice urodzili się kilka lat przed wojną. Skutki wojny i ich przeżycia odbiły się w ich osobowościach. Moja mama była silną kobietą.
Byłam wychowana surowo, liczył się przede wszystkim obowiązek. Najpierw trzeba zrobić rzeczy dla innych – i to musi być „correct” – a potem dopiero myślimy o sobie. O uczuciach się nie rozmawiało. Z wrażliwością trzeba się było przebijać.
No i się przebijałam.
Zostając aktorem, trafia się na pole walki. My, aktorzy, jesteśmy żywymi istotami, które przez siebie przepuszczają emocje obcych ludzi. To zakłóca nasze własne życie. I często próbujemy swoje frustracje zagłuszać – np. alkoholem, ucieczką w alienację, samotność, choć na zewnątrz niby wszystko gra.
Pamiętam, jak po scenie przemocy i duszenia mnie w wannie w „Bożych sługach” wracałam do domu skulona. Chciałam jak najszybciej znaleźć się w łóżku. Owinęłam się dwoma kocami i kołdrą i nadal było mi zimno od środka. Moja głowa wiedziała, że to był tylko film, ale ciało nie.
To zawód wysokiego emocjonalnego ryzyka. Ciągle oddajemy energię innym. Trzeba nauczyć się ją odzyskiwać.
Po castingach do „Mam talent” wracam do domu zużyta jak flak. Następnego dnia nie wychodzę z domu. Gdy tylko mogę, pakuję zwierzaki i wyjeżdżam na wieś. Bo ja odzyskuję energię w przyrodzie.
Jak pani dba o siebie?
Trzeba przede wszystkim zadbać o swój „środek”. On nas prowadzi, by się nie zagubić, nie wpadać ze skrajności w skrajność. Każdy może odnaleźć swoją drogę, która wzmacnia i determinuje do działania. Pomaga pozbyć się strachu, kompleksów i wszystkiego, co przeszkadza nam czuć się mocnym.
Ja też miałam swoje „szuwary”, w których się chowałam i obgryzałam paznokcie. Jest jeszcze wciąż sporo do zrobienia. Pomocy szukam w książkach, słucham różnych wykładów. Czasami w nich uczestniczę. Ostatnio byłam na pierwszych w Polsce wykładach amerykańskiego badacza ludzkiej świadomości Gregga Bradena. Próbuję różnych metod, pracy z ciałem, z oddechem, by znaleźć tę, która najlepiej na mnie działa.
Odkryłam metodę pracy nad ciałem Moshe Feldenkraisa. Wspaniale rozluźnia i uwalnia napięcie. Chodziłam też na terapie, robiłam porządek w głowie, pozbywałam się blokad, odkrywałam w sobie nowe rzeczy.
W aktorstwie kompleksy pojawiają się co chwila. Cały czas właściwie trzeba je z siebie zrzucać. Dopiero po pięćdziesiątce nabrałam dystansu do tego zawodu. Nie tyle pozbyłam się marzeń, ile złudzeń.
Wiele fajnych ról przeszło obok mnie. Od czasu do czasu pojawiło się coś ciekawego. Grałam, by zarabiać na życie, a już nie chciałam tego robić. Strach, że nie będzie pracy, gdy zrezygnuję, mieszał się z frustracją, że się nie rozwijam.
A życie w świetle fleszy?
Generalnie mnie męczy. Traktuję udział w nim jak obowiązek dzisiejszych czasów.
Ten pęd wokoło i presja, by być „kimś”, mnie kompletnie nie kręci. Czasem myślę, że jestem z innej epoki, z demobilu. Współczuję młodym ludziom, którzy teraz dojrzewają.
Poznaję ludzi, rozmawiamy i słyszę, że wielu z nich przechodzi jakiś kryzys wartości, nagle przestają chcieć utożsamiać się z tym wszystkim, z czym się utożsamiali dotychczas. Z pracą, z tym, co zrobili, z tym, jacy dotychczas byli. Dużo z nich chciałoby rozsunąć taki suwak jak w Monty Pythonie i wysunąć się z tej swojej dotychczasowej tożsamości. Coś się w nas buntuje, coś się budzi. Stare struktury pękają.
Pani też przeżywa taki przełom?
Czasem myślę, że mogłabym zrobić sobie przerwę w aktorstwie albo uprawiać ten zawód tak, by czuć, że to, co robię, przekłada się na konkretną wartość dla drugiego człowieka. By było inspiracją do zmiany jego myślenia, działania, postrzegania. Wtedy odczuwałabym satysfakcję.
Pani córka jest terapeutką, prawda?
Tak. I to bardzo fajna baba jest. Wypracowałyśmy sobie wspaniałą relację. Kiedyś nawet przy włoskim wieczorze – kiedy na stole stawiamy pyszności, otwieramy wino i celebrujemy chwilę – zażartowałyśmy, żeby założyć wspólnie blog i mówić, jak ożywiać kontakty między matką a córką.
Jak?
Rozmowa! Rozmowa jest podstawą. Dbanie o to, żeby matka z córką nie były przeciwniczkami. Matka musi najpierw sama ze sobą popracować, przyjrzeć się sobie, bo właściwie źródło jest w niej – jak ona się zmieni, to i dziecko się zmieni. Czasem wystarczy zacząć od tego, że jesteśmy nawzajem dla siebie.
Wprost mówi pani o tym, że najwięcej się uczy o samej sobie wtedy, kiedy jest ze sobą sama. A ludzie panicznie się tego boją.
To wspaniały prezent, który mi dało życie i który sobie sama zafundowałam. Zmierzenie się z tym, przetrwanie i wyjście z tego odrodzonym jest największym sukcesem.
W życiu jest czas na bycie w związku i czas na bycie samemu. To bardzo zdrowe i twórcze. To jak z porami roku – każda jest potrzebna, każda ma swoje piękno i niesie swoją wartość.
Uczymy się od natury. Jesteśmy częścią wielkiego cyklu, czy tego chcemy czy nie.
Małgorzata Foremniak – aktorka filmowa i teatralna. Ceniona za role w filmach „Avalon”, „Zmruż oczy”, a także rolę Miry w serialu „Odwróceni”. Gra też w teatrze. Jurorka programu „Mam talent”. Od 2006 r. ambasadorka dobrej woli UNICEF. Prywatnie mama Oli i opiekunka czterech psów, dwóch kotów, dwóch mułów i konia
WysokieObcasy.pl 12.10.2019
poniedziałek, 11 lutego 2019
MAŁGORZATA FOREMNIAK "Lubię chodzić własnymi ścieżkami"
GALA: Małgosiu, 10 lat temu mówiłaś, że nie dzielisz życia na etapy. Że dopiero na końcu swojej drogi pomyślisz, czy osiągnęłaś cel. Dzisiaj masz do tego inne podejście?
Małgorzata Foremniak: Jako 40-latka, byłam jeszcze na etapie zdobywania świata, określania siebie. Ostatnie 10 lat, które od tego czasu minęły, to najbardziej intensywny i obfity w wydarzenia dla mnie czas. Zmieniły one mnie i moje życie o 180 stopni.
A co najbardziej Cię zmienia? Ludzie, codzienne sytuacje, w których uczestniczysz?
Wszystko, co się wydarza i pozostawia we mnie ślad. To prawda, że pięćdziesiątka jest jakimś przełomem, zakończeniem pewnego cyklu w zdobywaniu świadomości samego siebie. Pojawia się potrzeba zweryfikowania tego, „zharmonizowania” hałasu swoich doświadczeń. Fascynujące w życiu jest to, że im więcej tracisz w materii, tym więcej zyskujesz w duchu. Najważniejsze stało się dla mnie pytanie: co przynosi mi spokój, a co mi go zabiera?
Gdybym położył przed Tobą zdjęcia z różnych etapów życia, mogłabyś powiedzieć, że teraz jesteś najszczęśliwsza?
Mój Tata, dopóki żył, zbierał wszystkie wycinki, informacje, zdjęcia, wywiady ze mną i układał je chronologicznie. Mam trzy księgi historii o sobie. Myślę, że na każdym etapie życia byłam bardzo szczęśliwa i bardzo nieszczęśliwa. Doświadczałam wyżyn i nizin. I taka jest kolej rzeczy. Te amplitudy trzeba przeżyć. Są konieczne. To przecież informacja o nas, o naszym potencjale, a my decydujemy, co z tym potem zrobimy. Czy pozostaniemy na tej huśtawce, która jest ekscytująca, ale z czasem przynosi pustkę, czy skumulujemy tę energię do środka i zamienimy ją w siłę spokoju. Mnie fascynują wewnętrzne poszukiwania. Pracuję w zawodzie, w którym zewnętrzne określenie jest bardzo ważne. A ja czasami nie chcę być widoczna, bo to mnie rozprasza.
Ale żyjemy w czasach, kiedy aktorzy muszą kreować swój wizerunek. Ty przynajmniej jesteś w tymkonsekwentna.
Żyjemy w czasach, kiedy kreowanie wizerunku zaczyna być presją. Jeśli się nie kreujemy, nie ma nas, nie istniejemy. Ja tego nigdy nie robiłam. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle. To dla mnie męczące.
Może dlatego jesteś po prostu prawdziwa i to też jest jakiś wizerunek.
W show-biznesie ludzie kupują produkt. Ja nie chcę tworzyć wokół siebie oprawy. W życiu zawodowym jestem aktorką, prywatnie – człowiekiem. Łączę te dwie pasje i daję innym tyle, ile mogę. I to mi wystarcza.
Żyjesz teraz w zgodzie ze sobą?
Zawsze starałam się żyć w zgodzie ze sobą. Najważniejsze jest dla mnie, czy to, co robię, to, jakimi ludźmi się otaczam, stanowi dla mnie wartość.
Bywasz surowa wobec ludzi?
Nie. Ale nie lubię, gdy ktoś, z kim pracuję, niezależnie od tego, czy jest to reżyser, aktor, czy osoba dbająca, bym miała ciepłą herbatę, robi to na tak zwane pół gwizdka. Wtedy się wkurzam. Wychowano mnie w poszanowaniu do pracy, a stosunek do niej określa nas samych.
Kiedy budzisz się rano i patrzysz w lustro, jesteś z siebie zadowolona?
Mówisz o patrzeniu filozoficznym czy wizualnym? Bo jeśli chodzi o to drugie, to jak pięknie określił mój lekarz: „stelaż hormonalny kobiety dojrzałej ulega dekonstrukcji”.
W tłumaczeniu potocznym: gdy patrzę rano w lustro, szału nie ma. (śmiech)
To ciekawe, oceniasz powierzchowność, a myślisz o tym, jaka jesteś wewnątrz.
Kobieta po pięćdziesiątce zaczyna ważny dla swojej biologii czas i nie należy on do najprzyjemniejszych.
Budzisz się, otwierasz oczy i to jest jedyna ruchoma część w twoim ciele. Cała reszta ma generalnie wszystko gdzieś. Czujesz się zmęczona, zanim o tym pomyślisz. Najchętniej zostałabyś w łóżku do wieczora, a jak jesteś w pracy, myślisz tylko o tym, by się położyć. Boli cię to, co nigdy wcześniej nie bolało. Serce od czasu do czasu łomocze, ale nie są to bynajmniej miłosne uniesienia. Odkładający się cichaczem tłuszczyk nie mobilizuje do rowerku, ale raczej do leżenia na kanapie z pączkiem i herbatą z nalewką, by wprowadzić się w lepszy nastrój, którego brakuje z wyżej wymienionych powodów.
Ale chyba lubisz siebie?
Jak najbardziej. Przebywanie ze sobą sprawia mi przyjemność. Wykonałam ogromną pracę, by móc wypowiedzieć: „Zgadzam się na siebie”.
Jeśli ktoś siebie nie akceptuje, nie jest w stanie pokochać drugiegoczłowieka.
Dokładnie tak jest. Małość przyciąga demony.
Ty polubiłaś siebie taką, jaka jesteś. A kino? Teatr? Reżyserzy mają dobre propozycje dla 50-letniej aktorki?
Dla mnie taka propozycja jeszcze nie nadeszła.
Jestem postrzegana przez pryzmat wyglądu. Często muszę tłumaczyć, że nie chcę grać kobiet młodszych. Wtedy słyszę: „Małgosiu, ty masz problem ze swoim wiekiem!”. Choć moja twarz, ciało wyglądają jeszcze całkiem młodo, w środku jestem dojrzałą kobietą i takie role mnie interesują.
Musisz o siebie jakoś szczególnie dbać?
Dostałam od natury prezent. Dobrze się konserwuję. (śmiech) Tylko samo się to nie zrobi, dbam o siebie od młodości. Ale bądźmy szczerzy, jestem już siwa, ten proces zaczął się u mnie w 26. roku życia. Mam coraz rzadszą skórę, bo i wiek ku temu słuszny. Grawitacja jest nieubłagana. Jak podciągam dłońmi policzki i powieki do góry, myślę sobie: Japonki mają fajnie. Im wszystko opada dopiero tuż przed śmiercią. (śmiech)
A kiedy zaczęłaś myśleć o sobie jako kobiecie dojrzałej?
Ostatnie kilka lat, gdy doświadczyłam bycia samą, bardzo mi w tym pomogło. Niektórzy nazywają ten stan „samotnością”, ale to słowo kojarzy się z czymś smutnym. Dla mnie to było najbardziej wartościowe doświadczenie. Zbudowało mnie na nowo.
Tego stanu nie osiąga się chyba od razu.
Trzeba przejść wiele etapów. Najpierw jest etap strachu, paniki, że zostało się samemu. I wtedy zaczyna się ten lęk zagłuszać. Nie należę do osób stricte towarzyskich. Lubię chodzić własnymi drogami. Mam garstkę bliskich przyjaciół, z którymi łączy mnie podobna wrażliwość i podejście do rzeczywistości.
Łatwo nawiązujesz znajomości?
Jestem raczej ostrożną obserwatorką, która zanim wkroczy na jakiś teren, musi go oswoić. Nie przychodzę na imprezy sama, bo nie czuję się komfortowo. „Cześć, mam na imię Małgosia, zajmuję się tym i tym, a ty?” – to nie ja. Jeśli nie wciąga mnie rozmowa, coś przestaje mnie interesować, stopniowo się wyłączam.
Jakie cechy charakteru u ludzi są dla Ciebie pociągające?
Lubię ludzi o otwartych umysłach,poszukujących, wrażliwych, wnikliwych obserwatorów, z poczuciem humoru. A przede wszystkim ciepłych i przyjaznych.
A Ty łatwo mówisz o swoich poszukiwaniach?
Jeśli uda mi się nawiązać z kimś porozumienie – tak. Można czytać o świecie w książkach, internecie, można też szukać prawdy o nim w rozmowie z drugim człowiekiem. Wtedy widzimy jego aurę, czujemy zapach, energię, którą emanuje, słyszymy tembr głosu... To jest nie do przecenienia.
Nurtuje mnie samotność, o której przed chwilą mówiłaś. Zatrzymaliśmysię na etapie paniki. Co jest potem?
Faza zapaści – zapadasz się w sobie, zamykasz na świat, izolujesz. Zaczynasz się nad sobą użalać, obwiniasz za swoją nieudolność i temu podobne cechy. Ciąży ci to jak kamień. Aż w końcu przychodzi złość, rozsadza wszystko w tobie i rozsypujesz się na kawałki. I to jest najważniejszy moment. Pozbywasz się złudzeń, iluzji oraz kłamstw. Mierzysz się z prawdą o sobie. Potem jest już tylko lżej. Tworzysz siebie na nowo w sposób świadomy.
Ty już ten etap masz za sobą?
Myślę, że najgorsze za mną.
A czego teraz pragniesz najbardziej?
Przeżyłam kilka związków. Wychowałam dzieci. Na to wszystko złożyło się wiele przeżytych dni, godzin, zwątpień, sukcesów, porażek. To jest moje, nikt mi tego nie odbierze. Chcę tylko żyć pełnią życia. A ona rodzi się w łagodności serca i spokojnym umyśle.
Masz naturę pesymistki?
Na szczęście mam poczucie humoru. Więc nawet będąc w przysłowiowej „czarnej dupie”, zawsze można dostrzec walory tej sytuacji (śmiech) Aktor poddawany jest ciągłej ocenie. Bez dystansu do siebie i do tego zawodu trudno byłoby znosić tę presję.
Ale Ty chyba zawsze miałaś dystans do pracy i byłaś w tym konsekwentna.
Nie wiem, czy byłam konsekwentna. Czasami mnie przygniatało do ściany. Myślę, że ten zawód jest mi dany. Aktorstwo pojawiło się w moim życiu, bym mogła stworzyć równowagę między intymnym, wewnętrznym światem a tym, co jest na zewnątrz.
Dzisiaj w Twoim domu jest cicho – jesteś singielką, dzieci poszły na swoje. Za czym z tamtego dawnego życia tęsknisz najbardziej?
Chyba za tym harmidrem. Lubię te momenty, gdy odwiedza mnie rodzina. Wtedy znów jestem mamą. Gotuję, krzątam się, rozmawiam, a potem padam ze zmęczenia.
Pamiętam czasy, kiedy byłam na sto procent w domu i w pracy, nie potrafiłam tego zrównoważyć. Żyłam na akord. Teraz nauczyłam się być tu i teraz, skupiać również na sobie.
Cieszę się, gdy znajduję chwilę, by posiedzieć w domu z książką, porozmawiać z przyjaciółmi. Uwielbiam wyjeżdżać na wieś sama. Jestem tylko ja, przyroda i moje zwierzaki. Lubię ciszę. To mój kawałek szczęścia.
I chciałabyś być sama do końca życia?
Nie.
Czasem bardzo mi brakuje czyjejś obecności. Zwłaszcza w takich momentach, gdy wracam wieczorem zmęczona z planu albo ze spektaklu. Mam w sobie dużo emocji. I fajnie by było do kogoś się przytulić, napić wina i porozmawiać.
Teraz, kiedy tyle już o sobie wiesz, trudniej Ci będzie znaleźć idealnegopartnera? Myślę, że masz bardzo sprecyzowane oczekiwania.
Im jesteśmy starsi, tym bardziej przywiązujemy się do swoich przyzwyczajeń i trudniej nam z nich zrezygnować. Takie dopasowywanie do siebie może być nawet śmieszne. Liczę na to, bo lubię się śmiać. Nie mam żadnych oczekiwań. Albo coś zaskoczy, albo nie. Luz.
Wracasz czasami do przeszłości, zastanawiasz się, jaka byłaś dlapoprzednich partnerów?
Nie wracam do przeszłości, bo ją przepracowałam.
Warto uczyć się na błędach.
Owszem, ale to się okazuje tylko w praktyce. Teoria jest w poradnikach.
Teraz żyjesz bardziej emocjonalnie czy racjonalnie?
Staram się te stany równoważyć.
A umiesz przepraszać?
Oczywiście. To właśnie ten test z praktyki. Oprócz „przepraszam” jest jeszcze jedno ważne słowo: „dziękuję”.
Przypominasz sobie swoją mamę, kiedy była w Twoim wieku?
Mama była silną i konkretną kobietą. Ukrywała swoją emocjonalność pod grubą zbroją. Też długo myślałam, że jestem siłaczką, że nic mnie nie złamie, wszystko wytrzymam. Budowałam dookoła siebie fosę. Kiedy dostawałam nokaut, wypluwałam zęby i szłam dalej. Ale, w przeciwieństwie do mojej mamy, umiałam nazywać swoje emocje.
Ona tego nie potrafiła?
Była dzieckiem wojny, przeżyła traumatyczne straty, więc trudno mi to oceniać.
Zawsze to mamie jako pierwszej mówiłaś o swoich problemach?
Jak każda mama chciała, żeby jej dziecko było szczęśliwe. Przejmowała się moim życiem, wiedziała, jak bardzo zostało ono kiedyś pokiereszowane, więc nie zamierzałam jej dostarczać zmartwień. Ale kiedy nie dawałam już rady, jej postawa dawała mi przykład, że nic mnie nie złamie.
Mama nauczyła Cię też radzić sobie z krytyką? W Twoim zawodzie jesteś na nią narażona codziennie.
Nauczyła mnie, że odpowiadam za siebie i za to, co robię. Każdy ma prawo wypowiedzieć swoje zdanie, wyrazić opinię. Gorzej, gdy krytyka myli się komuś z niszczeniem mnie.
A jakie masz zdanie o sobie?
Pozytywne.
Jestem fajna, wiarygodna, przyjazna i uczciwa. Jeżeli coś mnie uwiera, komunikuję to. Mam problem z punktualnością i czasem nic mi się nie chce. Trochę pracoholik, trochę filozof, lubię zamykać się czasem w swoim świecie. Dobre ciasto drożdżowe i kawa to moje słabości.
Zaczęliśmy od Twoich 40. urodzin, dzisiaj masz 51 lat. Wiesz już, o czym będziesz marzyć, zdmuchując z tortu 60 świeczek?
O tym, by móc budzić się rano z poczuciem, że cieszę się na kolejny dzień. Że nie muszę brnąć przez milion spraw, żyć w pośpiechu, mieć w głowie mnóstwo obaw, lęków. Chciałabym mieć przy sobie rodzinę, przyjaciół i bliską sercu osobę. Pić kawę, iść na spacer z psami i czerpać z tego radochę. Tak po prostu.
piątek, 7 grudnia 2018
wtorek, 4 grudnia 2018
wtorek, 14 sierpnia 2018
"Dopiero kiedy zaczęłam życie w pojedynkę, poczułam i zrozumiałam siebie." Jak dziś wygląda życie Małgorzaty Foremniak?
O tym, jak pokochać siebie, zaakceptować mankamenty i nauczyć się bycia sobą opowiada Małgorzata Foremniak. Niezwykły wywiad przeprowadzony przez Marzenę Rogalską w najnowszym numerze Urody Życia.
Miałam dużo trudnych sytuacji w życiu, ale przyszedł taki moment, że musiałam wysiąść z tego pędzącego pociągu. Musiałam się zatrzymać, ale tak totalnie. Chcę mieć partnera, który też dobrze się ze sobą czuje, który w sobie coś poukładał. Gdybym miała znowu kogoś leczyć, wychowywać... Nie piszę się na to.
fot. Agnieszka Murak/Baku Team
Wywiad z Małgorzatą Foremniak w Urodzie Życia 9/2018 - rozmowa Marzeny Rogalskiej
Niedawno podczas sesji zdjęciowej podeszło do mnie kilka kobiet, poprosiły o pamiątkowe zdjęcie. Wśród nich była może jedna, która nie powiedziała o sobie złego słowa, reszta wyszukiwała tylko mankamenty. Też się na tym łapię.
Marzena Rogalska: Jak określisz stan ducha, w jakim obecnie się znajdujesz, Małgosiu?
Małgorzata Foremniak: Generalnie stan mojego ducha jest wznoszący, za to ciało w tym momencie jest ledwo chodzące, bo jestem zapracowana, więc ciało wlecze się... (śmiech)
MR: Przekroczyłaś pięćdziesiątkę, lubisz siebie w tym wydaniu?
MF: Oczywiście, że siebie lubię, ale słowo lubię to dla mnie za mało. Ja siebie kocham, bo gdybym się nie kochała, to bym nie miała domu. Poczułam, że mój dom, to jestem ja, nie to, gdzie mieszkam, co posiadam, z kim jestem. Owszem, to są rzeczy ważne, ale mój dom to jestem ja – moje ciało, moje uczucia, moje myśli i wszystko to, co tworzy moją istotę. Zupełnie niedawno ktoś zadał mi to samo pytanie i wtedy dotarło do mnie, jaki ogrom pracy wykonałam nad sobą, żebym w naturalny sposób mogła odpowiedzieć – tak, kocham siebie.
MR: Takie mówienie jest teraz bardzo modne...
MF: Wiem, takie w stylu mowy coachingowej. Po przekroczeniu półwiecza postanowiłam moje życie poukładać właśnie od środka, żeby mieć w sobie spokój. Zmieniłam priorytety: ja a moja praca, ja a mój dom, ja a moje potrzeby, ja a moje uczucia. Innymi słowy, najważniejsze jest to, czy jestem spokojna, czy jestem osadzona w sobie. To jest dążenie do takiego stanu, kiedy stajesz przed sobą i wiesz, że ty jesteś największą wartością.
MR: Jak siebie teraz określasz? Singielka?
MF: Co to znaczy, że ktoś jest singielką? Określa mnie jakiś mój brak, nie zgadzam się z tym. Jestem typem, który chodzi swoimi drogami, mam bardzo okrojone towarzystwo przyjaciół i znajomych. Rzadko wychodzę na „balety”, ponieważ tego nie potrzebuję, lubię pobyć w domu z książką, lubię porozmawiać z fajnymi ludźmi w kameralnych warunkach i to życie towarzyskie, jakie mam, jest dla mnie wystarczające. Oczywiście, jest różnica, jeśli dzielisz to życie z kimś najbliższym. Żeńska energia potrzebuje męskiej energii, jeśli długo jej brakuje, to są uszczerbki na zdrowiu emocjonalnym.
MR: A jeśli będziesz do końca sama?
MF: Był taki moment, że się tego przestraszyłam. Zadawałam sobie pytania: „A jak będę już sama, a jak już nikogo nie znajdę?”. I w zależności od samopoczucia mówiłam sobie: „OK, no to będę”. Ale też zastanawiałam się, na ile mówię to na głos, żeby dodać sobie pewności, a na ile naprawdę to czuję? Gdzieś tam w środku była obawa, że samemu będzie ciężko.
MR: A teraz?
MF: Teraz w ogóle nie myślę: a co, jeśli, a co, gdyby – bo to jest martwienie się o przyszłość. Po co mi to. Ile razy jest tak, że masz jakieś trudne sprawy do załatwienia i drętwiejesz na samą myśl o jutrze. Po czym przychodzi ten dzień, a ty wstajesz z całkiem dobrym samopoczuciem, idziesz do pracy, wykonujesz swoje zadania i myślisz: dałam radę, a tak się tego bałam! Każdego dnia możesz być w innej kondycji. Zatrzymaj się tu i teraz.
MR: Twoje dzieci dorosły i poszły w świat, a jeszcze parę lat temu miałaś w domu harmider. Nie brakuje ci tego?
MF: Kocham te chwile, kiedy odwiedza mnie moja rodzina, budzi się we mnie mama, znowu dla nich gotuję, karmię, znowu jest harmider i jest super. A potem padam, oczywiście. Kiedyś nie potrafiłam tego wyważyć. Mam zawód, który zjada emocjonalnie. Pamiętam czas, kiedy pracowałam na 300 procent, kiedy rodzina była pełna, były dzieci, zwierzęta, było mnóstwo wyzwań wychowawczych i dużo obowiązków. Oczywiście kobieta wiele może, niemniej teraz, będąc w takiej spokojnej części mojego życia, zastanawiam się, jak ja mogłam to wszystko fizycznie i psychicznie wytrzymać? Były chwile, kiedy wracałam padnięta z pracy, a w domu trzeba było jeszcze coś zrobić, i nie mogłam się zatrzymać, bo wiedziałam, że jak usiądę, by odpocząć, to się już nie poderwę. Pracowałam dalej, ale czułam, że...
MR:...czerpiesz z zapasów z 2034 roku?
MF: Dokładnie! Doprowadziłam swój organizm do granicy, po której, jak powiedział mi mój lekarz, proste leczenie i dwa tygodnie urlopu nie wystarczą. Wtedy człowiek trochę się otrząsał, podreperował zdrowie, po czym znowu przeginał. Czuję tego skutki teraz. Dlatego powtarzam ciągle mojej córce, aby starała się zachować równowagę między pracą a odpoczynkiem. Organizm nie choruje od razu, najpierw go zajeżdżasz i myślisz, że wszystko jest OK, a potem dajesz mu odpoczynek i dziwisz się, że właśnie wtedy siada.
fot. Agnieszka Murak/Baku Team
MR: Stąd te słynne wyjazdy na urlopy kończące się zawałem.
MF: Ta gonitwa za tym, żeby coś zrobić, żeby zaspokoić to, co ten świat od ciebie wymaga, naprawdę nie jest tego warta. Jak odejdą bliskie ci osoby, jak się coś takiego wydarzy, co cię zatrzyma, to nagle patrzysz na siebie jak na idiotę, który ma klapki na oczach i który biegnie na oślep i nic nie widzi. To jest przerażające. Miałam dużo trudnych sytuacji w życiu, ale przyszedł taki moment, że musiałam wysiąść z tego pędzącego pociągu. Musiałam się zatrzymać, ale tak totalnie.
MR: Co było tym przełomem?
MF: Śmierć Waldka Dzikiego, to na pewno był przełom. Wcześniej umarła moja mama, a po dwóch latach tata. Odeszły najbliższe mi osoby. Odejście Waldka uświadomiło mi, że już nie ma półśrodków, nie ma odciągania czegoś w czasie i odkładania pewnych rzeczy na potem. Zatrzymujesz się i robisz porządek w swoim życiu. Mam już za sobą połowę życia i w mojej świadomości widzę gdzieś brzeg, do którego dopłynę. Na to nie mam wpływu, cała reszta jest jeszcze do ułożenia. I nie chodzi o chęć nagłych zmian, przeżycia tego, czego się jeszcze nie przeżyło, ale o umiejętność doświadczania skrawków życia – takiego, jakie właśnie mam.
Cały wywiad z Małgorzatą Foremniak przeczytasz w najnowszym numerze Urody Życia 09/2018. W sprzedaży już od 10 sierpnia 2018!
polki.pl
Subskrybuj:
Posty (Atom)















