czwartek, 4 lutego 2010

Moja dojrzałość moja kobiecość


Wydaje się, że reklamowe hasło Sorai: „Jak pięknie dziś wyglądasz” zostało wymyślone specjalnie dla Małgosi Foremniak. Czas się dla niej zatrzymał. Wygląda jak nastolatka, myśli jak mądra dojrzała kobieta, a cieszy się każdym dniem jak dzieciak.

Wolałabyś, żeby mężczyzna powiedział: „Jesteś wspaniałą aktorką” czy „Jesteś wspaniałą kobietą”?

Oczywiście, że wspaniałą kobietą. Aktorka to zawód. Dobrze jest być świetną aktorką, ale nawet jeśli ten mężczyzna byłby reżyserem, wolałabym, żeby najpierw zobaczył we mnie wspaniałą kobietę, dopiero potem aktorkę.

Uroda – co dla ciebie znaczy? Bardziej pomaga w życiu czy przeszkadza?

To zależy (śmiech). Kiedy mam do załatwienia jakąś sprawę, chcę coś zdobyć, a wokół większość stanowią mężczyźni, wtedy zdecydowanie pomaga.

A przeszkadza, gdy tę większość stanowią kobiety?

Tak (śmiech). Czasem uroda jest też powodem wrzucenia aktorki do szufladki. Poza tym blondynka od razu kojarzy się z delikatnością, eterycznością i czasem głupotą (śmiech).

Jak udaje ci się oszukać czas?

Ależ ja nie oszukuję czasu! Nie próbuję udowadniać, że jestem młodsza, niż wskazuje na to metryka. Mam 42 lata i bardzo mi się to podoba. Dla kobiety to dobry czas.

Nie boisz się starości? Tego, że uroda przeminie, pojawią się zmarszczki…

Już mam zmarszczki. I wiem, że moje ciało nigdy już nie będzie takie jak u 25-latki. Ale nie jest to dla mnie powód do zmartwień. Myślę, że kobieta powinna umieć z godnością przyjmować upływający czas. Nie należy tego zbyt mocno przeżywać, bo prędzej czy później znajdziemy się w klatce, z której nie ma wyjścia. Oczywiście trzeba o siebie dbać, ale nie gonić rozpaczliwie za przemijającą młodością. Uwielbiam patrzeć na kobiety, które nie przejmują się upływającym czasem. Są świadome siebie, mądre, a zmarszczki dodają im tylko uroku. Beata Tyszkiewicz jest piękna, choć nie zajmuje się polepszaniem swojej urody. I cóż z tego, że ma zmarszczki? Dla mnie jest królową. Ma to, co najważniejsze – piękno wewnętrzne. A piękno nie ma wieku.

Ale twoich zmarszczek nie widać. Czy nie uważasz, że to niesprawiedliwe? Wciąż wyglądasz jak nastolatka.

Jestem kobietą dojrzałą, z wieloma doświadczeniami, ale mam w sobie radość życia i takie patrzenie na świat, jakbym widziała wiele rzeczy po raz pierwszy. I bardzo się z tego cieszę.

Jak zachować to dziecko w sobie? Mimo wszystko?

Lekcje, jakie daje mi życie, wnioski, które wyciągam z porażek, to moja dojrzałość, moja kobiecość. Ale lubię się wygłupiać, żartować. Mając bagaż doświadczeń, można być spontaniczną, cieszyć się z każdej rzeczy, która mnie spotyka, dziękować losowi za każdą drobną radość. Za wszystko, co się przydarza, za to, że się w ogóle przydarza.

Nawet jeśli spotyka nas coś złego?

To też może być prezent od losu. Może to zabrzmi paradoksalnie, ale złe doświadczenia nie są po to, by nas zniszczyć, tylko po to, żeby nam było lepiej. Dlatego, że kiedy je już przeżyjemy, następnym razem albo będziemy ponad to, albo będziemy to omijać, ale zawsze już będzie inaczej. Poza tym czasem musimy doświadczyć zła, by bardziej docenić dobro.

Kobiety zwykle martwią się przyszłością, do której wciąż biegną, i przeszłością, od której uciekają. Ty nie zawracasz tym sobie głowy, żyjesz dniem dzisiejszym.

Bo przeszłości już nie ma. A przyszłość zawsze jest niewiadomą. Mamy tylko tę chwilę i powinniśmy zrobić wszystko, by była piękna.

Można się tego nauczyć?

Nie jest to łatwe. Rano, gdy wstaję, zadaję sobie pytanie: co jest dla mnie w życiu ważne? I tylko na tym się skupiam. Trzeba tę chwilę celebrować, czuć, dostrzegać szczegóły, bo potem to właśnie te szczegóły pamiętamy. To one znaczą.

Ale jak to zrobić?

Gdy jem ciastko, cieszę się, że jest słodkie, kolorowe, pachnące, a nie martwię się, że utyję. Potrafię cieszyć się chwilą, nawet jeśli całkiem niedawno spotkało mnie coś przykrego.

Chcesz powiedzieć, że tracimy dystans w nieustannym narzekaniu na ciężki los?

Kiedy kończysz dzień, zrób sobie taki rachunek. Napisz, co było złe, a co dobre. Może się okazać, że wszystko było dobre. Nie wierzysz? Ktoś mnie obraził, ale dzięki temu dowiedziałam się, co o mnie myśli albo że już nie chcę więcej z nim rozmawiać. Zawsze, nawet w najgorszej rzeczy, znajdzie się ta druga, dobra strona medalu. Dlatego każdego wieczoru robię sobie taki rachunek sumienia w specjalnym zeszycie. Mam już przyjemność, kiedy tylko otwieram ten zeszyt, bo jest z czerpanego papieru, piękny w dotyku. Długopisem w kropki, który dostałam od swoich dzieci, wypisuję wszystko, co mnie dziś spotkało. I okazuje się, że tyle dobrych rzeczy mi się przydarzyło.

Jak dbasz o urodę?

Przede wszystkim dbam o nią od wewnątrz. Wstaję rano i zanim umyję zęby, żuję olej. Najbardziej lubię z pestek winogronowych, bo jest najsmaczniejszy. Żucie oleju usuwa z organizmu toksyny. Chodzę więc po mieszkaniu, nastawiam wodę na kawę, przygotowuję śniadanie i żuję olej. Potem ćwiczę, nie tylko po to, żeby mieć ładne kształty, ale dlatego, że taka godzinna gimnastyka daje mi siłę i energię na cały dzień. Dopiero potem jem śniadanie.

Co zwykle masz na talerzu?

Mnóstwo! Kasza jaglana, ciemny ryż to podstawa, oczywiście z różnymi dodatkami. Czasem jeszcze jakiś ser, jajka sadzone, kawałek ryby. I po dwóch godzinach znów jestem głodna. Jem dość dużo i często, i właściwie wszystko. Unikam tylko konserwantów, choć to jest coraz trudniejsze. Bo nawet wiejski chleb jest nafaszerowany chemią. Staram się też nie łączyć węglowodanów z białkiem. Dlatego mogę jeść do woli, mój organizm szybko to spala.

Stosowałaś jakieś diety?

Moim zdaniem dieta jest największą głupotą świata. Jak można z tych wspaniałych, przepysznych bożych darów rezygnować i żyć na liściu sałaty! Czasem przeprowadzam głodówki, żeby oczyścić organizm. Przez kilka dni nic wtedy nie jem, tylko piję. Albo robię monodiety – jem ryż albo warzywa.

Masz jakieś ulubione urodowe rytuały?

Przynajmniej raz w tygodniu robię sobie peeling całego ciała solą z olejem. Może to być olejek kokosowy i zwykła sól kuchenna. Do kąpieli zawsze dodaję sól morską, żeby nakarmić skórę mikroelementami. Codziennie szoruję ciało sznurkową szczotą. I na koniec zawsze płuczę się zimną wodą.

Brr…

Robię to od lat. Początki były trudne, krzyczałam na cały dom, dzieci myślały, że coś ze mną nie tak. Ale dziś nie wyobrażam sobie, żebym kąpieli nie zakończyła zimnym prysznicem. Zimna woda poprawia krążenie, budzi ciało do życia, daje mi „kopa” na cały dzień. No i hartuję się. Kolejnym rytuałem jest masaż twarzy. Zawsze wieczorem masuję twarz olejkiem i dopiero potem nakładam krem, który najlepiej działa na przygotowanej twarzy.

Zostałaś twarzą Sorai. Co cię przekonało do tej marki?

Na te kosmetyki zwróciłam uwagę, zanim zostałam ich twarzą. Czasem dostawałam od różnych firm produkty i testowałam. Boję się „bogatych” kremów, które uzależniają. Bo póki ich używamy, wyglądamy pięknie. Ale gdy przestajemy, skóra natychmiast to odczuwa. Ja potrzebuję kosmetyków, które dopełniają potrzeby skóry, stymulują ją, a nie rozleniwiają.

Czym różni się sceniczny make-up od zwykłego i sylikonowa baza pod makijaż od zwykłej bazy?

Sceniczny make-up jest genialny. Rozprowadza się idealnie, skóra jest odżywiona, światło się lekko odbija i nie masz wrażenia maski. Kryje zmęczenie, przebarwienia, długo się trzyma i nawet wieczorem wygląda świeżo. Podobnie jak sylikonowa baza pod makijaż. Dla mnie hitem są też głęboko nawilżająco-dotleniające maseczki koralowe. Gdy potrzebujesz po nieprzespanej nocy pięknie wyglądać, ta maseczka potrafi zdziałać cuda. Nakładasz rano taką maskę, jesz śniadanie, zmywasz maskę, nakładasz make-up i jesteś jak nowo narodzona.

Jakie kosmetyki zawsze masz w torebce?

Korektor, puder i błyszczyk.

Skupiam się na twojej urodzie, ale ty masz przepiękne wnętrze.

Wszyscy składamy się z uczuć i emocji. To, jacy jesteśmy, zależy od naszych myśli i od wyborów, jakich dokonujemy w życiu. Kocham życie, lubię się nim karmić. Ale z życiem jest jak z obiadem. Żeby się nim nakarmić, najpierw trzeba je sobie „ugotować”. Więc staram się gotować tak, by było smacznie.

Jesz powoli, delektując się każdym kęsem czy pochłaniasz to życie łapczywie?

Gdy jem bardzo szybko i łapczywie, zazwyczaj mam „czkawkę”.

Ale tak właśnie ostatnio wygląda nasze życie – nieustanna gonitwa.

Cóż, sami sobie taki los gotujemy. Ale mam nadzieję, że w końcu świat zwolni. Ludzie kiedyś będą mieli dość tego powierzchownego, nieprawdziwego życia. Bo ono nic nie daje. Ucieczka w różnego rodzaju pozory prowadzi donikąd. Ludzie poszukują miłości, a tworzą samotność.

Więc jak żyć?

Nie dawać światu tego, czego by się samemu nie chciało dostać.

Co jest dla ciebie najważniejsze?

Miłość.

Dokonując wyboru, kierujesz się sercem czy czasami dopuszczasz rozsądek do głosu?

Zawsze sercem. Bo tylko wtedy jestem pełna w środku. Kiedy kieruję się rozsądkiem, zapominając o sercu, zwykle stwarzam pustkę. Nie ma nic gorszego, jak żyć z pustką w środku.

A jeśli serce jest złym doradcą?

Serce to nasza intuicja, nasz wewnętrzny głos i warto go słuchać.

By osiągnąć harmonię?

Światem rządzą duch i materia. Gdy wybieramy materię, wtedy choruje nasza dusza. Jeżeli za bardzo idziemy w duchowość, to nie przeżywamy życia. Trzeba żyć „w poziomie” i „w pionie”. Czerpać z życia jak najwięcej, doświadczać go, ale nie zapominać o naszej duchowości. Jesteśmy duszami ubranymi w ciało. Ciało ma formę, a dusza ma piękno. Trzeba odnaleźć w tym równowagę, by się nie zagubić.

Zgubiłaś się kiedyś w życiu?

Wielokrotnie. Ale gdybym nie błądziła, dziś nie byłabym tą, którą jestem. Gdy się ciągle idzie po płaskiej, równej, gładkiej drodze, człowiek się nie rozwija.

Dużo dajesz z siebie innym. Jesteś ambasadorem UNICEF-u, byłaś dawcą szpiku kostnego, adoptowałaś dwoje dzieci – dlaczego to wszystko robisz?

Bo to mi przynosi los i pyta mnie: „Idziesz w to, Foremniak, czy nie?” A ja myślę, włączam serce – mój barometr, i zazwyczaj odpowiadam: „Tak, wchodzę w to”.

Leszek Kołakowski powiedział, że w życiu nie należy szukać sensu. A jak ktoś go szuka, sam jest sobie winien. Też tak uważasz?

Zgadzam się. Warto stawiać cele, ale niech one będą dalekie. Bo sama podróż jest sensem życia, a nie jej kres. Życie jest podróżą. Jest jedną wielką zmianą. Nie ma w nim nic stałego. Stała jest tylko zmiana. Gdy to sobie uświadomisz, przyjmiesz to życie z całym bagażem, jaki niesie.

I wtedy nie bolą porażki?

Zarówno sukces, jak i porażka to złudzenie.

Więc co jest prawdą?

Świadomość. Wszystko się zmieni w pył, zostanie tylko świadomość. Świadomość to jest prawdziwe życie. Krok po korku.

Po co wchodziłaś na Kilimandżaro, najwyższy szczyt w Afryce?

Bo to było moje marzenie. Spełniło się. I dostałam jeszcze siłę.

Ale przecież nie omijają cię przykrości. Co wtedy robisz?

Idę do parku. Chińczycy mówią, że jak masz problem, musisz go rozchodzić. I dużo jest w tym prawdy. Żyjemy w strasznym chaosie i hałasie. Hałasie naszych myśli i cudzych myśli. To wszystko nas atakuje. Dlatego trzeba pójść w miejsce, w którym jest harmonia, spokój, cisza. Wypełnić się tym i spojrzeć na problem jeszcze raz, z innej strony.

Za co siebie lubisz?

Za spontaniczność i za jasność, którą mam w sobie. Za to, że potrafię z największej kotłowaniny i plątaniny wydobyć jedną pozytywną rzecz, taką nitkę, po której zaczynam się na nowo wspinać.

Masz jakieś kompleksy?

O! Całą walizkę. Na pewno jestem za mało cierpliwa. Czasem chciałabym pewne rzeczy za szybko naprawić. W dodatku ciągle się spóźniam. W domu nazwano mnie nawet sójką. Mogłabym też mieć większe piersi, mocniejsze i dłuższe włosy (śmiech). Chyba już tak jest, że zawsze pragniemy tego, czego nie mamy. A sztuka polega na tym, żeby kochać siebie ze wszystkimi zaletami i wadami. Żeby stanąć przed sobą samą i powiedzieć: „Jestem taka, jaka jestem. I jest fajnie!”.

Lubisz być kobietą?

Uwielbiam. Bo kobieta to przepiękny stwór. Ma mądrość, delikatność, zmysłowość i drapieżność. Jako całość jest… dziełem sztuki.

Co dodaje kobiecie urody?

Pewność siebie, poczucie własnej wartości, akceptacja. To promieniuje.

A miłość? Mówi się, że to ona jest najlepszym kosmetykiem kobiety?

Och, tak. Chcemy być kochane i chcemy tę miłość dawać. Kobieta bardzo potrzebuje miłości. Dla niej jest ona podstawowym pokarmem. Dodaje blasku, energii, seksapilu. Ale najpierw musimy pokochać same siebie. Bo co z tego, że chcemy dać innym miłość, jak nie kochamy siebie?

Jesteś szczęśliwa?

Czasem tak, a czasem nie, jak to w życiu.

Źródło: Skarb nr 9/2009

piątek, 18 grudnia 2009

Foremniak – medytuje i zwalnia tempo


 ZWIERZENIA NIEKONTROLOWANE
Do tej pory w związkach była jak lokomotywa. Dawała z siebie wszystko. Małgorzata Foremniak, mama trójki dorastających dzieci, „kobieta po przejściach”, nie chce już popełniać tych samych błędów. Medytuje i zwalnia tempo.
SUKCES: Od jak dawna interesuje się pani medytacją?
Małgorzata Foremniak: Gdy byłam mała, wycinałam z papieru miliony par oczu, młodych i starych, i patrzyłam na nie. W oczach ukryta jest cała tajemnica człowieka. Teraz jestem na takim etapie, że ważne dla mnie stało się wewnętrzne doskonalenie i rozwój duchowy. Uwielbiam czytać Osho, hinduskiego filozofa, który uważał, że medytacja nie polega na siedzeniu i trwaniu w stanie kontemplacji. Owszem, chodzi o to, by uspokoić umysł, oczyścić go. Ale całe nasze życie może być medytacją, jeśli nabierzemy dystansu do zdarzeń, jakie nas dotykają. To wymaga pracy nad sobą. Tylko najpierw trzeba się obudzić. Często potrzebne jest uderzenie. Wszyscy przechodzimy w życiu takie porządne „walnięcia” jak podczas jazdy samochodem – jakiś bolesny rozwód, choroba… To sygnały, żeby się zatrzymać, przestać gnać nie wiadomo za czym, zastanowić się nad sobą. Pewnie, że trzeba pracować i zarabiać pieniądze, utrzymać rodzinę. Ale czasem też trzeba zwolnić, by nie doszło do kraksy, po której już nie będzie co zbierać.

Przeszła pani takie „walnięcie”?
Nieraz. Całe moje życie emocjonalne nigdy nie było proste, zawsze się komplikowało. Kolejny związek rozpadł się, mój pierwszy partner życiowy jakiś czas temu zginął w wypadku. Mam za sobą trudne rozwody, naprawdę trudne… Po tym pierwszym borykałam się z problemami sama z dzieckiem, od nowa próbowałam posklejać wszystko, to się udało i znów coś się rozpadło.
Nie ma pani poczucia, że samej sobie zawdzięcza te burze?Teraz, jako dojrzała kobieta, rozumiem, że pewne rzeczy musiały się zdarzyć, żebym wyciągnęła z tych zawirowań wnioski. Żebym nie popełniała po raz kolejny tych samych błędów, nie dostawała wciąż od życia łupnia. Musiałam przejść te lekcje.

I wyciągnęła pani z nich właściwe wnioski?

Nie zawsze, choć coraz częściej to mi się udaje. W życiu kobiety ważna jest umiejętność zachowania równowagi między dawaniem i braniem. Ja tę lekcję wciąż przerabiam. To lekcja nauki myślenia o samej sobie, dbania o własne emocje, żeby umieć powiedzieć zdecydowanie: „Tego chcę, ale z tego rezygnuję”. Najtrudniejsza jest praca nad sobą, o wiele łatwiej np. doradzać innym.

W jakim momencie życia jest pani teraz, po kolejnym trudnym rozstaniu? Czy ma pani poczucie klęski?

Nie, absolutnie! To był świadomy wybór, poza tym, choć z Waldkiem nie żyjemy razem, wciąż jesteśmy wielkimi przyjaciółmi, darzymy się szacunkiem. Ja sama jestem na etapie poszukiwań. To dobry moment w moim życiu, bo już wiem, że kiedyś dużo z siebie dawałam. Do tej pory w każdym związku byłam niczym lokomotywa – rzucałam się z pędem do przodu, bez żadnej kontroli. Dawałam z siebie wszystko, a swoje potrzeby odstawiałam na boczne tory. Wiem, że to była moja wina, przyzwyczaiłam do tego moich partnerów. Nie mogę mieć do nich pretensji.

Jak się udało pani pozostać w przyjaźni z byłym mężem? Zwykle, gdy związek rozpada się, dawni partnerzy natychmiast zaczynają wojnę „na noże”.
Trzeba w takim momencie umieć zapanować nad własnym rozbuchanym ego, spuścić z tonu. Można przestać kochać. Jednak z wdzięczności dla tego, co było między nami dobre i piękne, trzeba umieć zachować do siebie szacunek. Prowadzimy wojny z ludźmi dlatego, że o tym zapominamy. Pamiętam cudowny teledysk do piosenki, którą śpiewał Paul McCartney. Okopy, I wojna światowa, dwóch żołnierzy z wrogich obozów stoi naprzeciw siebie. Wszyscy inni zostali wybici. I przychodzi taki moment, że dwaj wrogowie zaczynają dostrzegać w sobie ludzi, nawet pokazują sobie swoje zdjęcia: to moja żona, to moje dziecko. Tragedia, w obliczu której stanęli, sprawiła, że dotarli do sedna tego, co najważniejsze. Wyzbyli się rzeczy, które blokują nas w relacjach z innymi – egoizmu, chorych ambicji, potrzeby bycia górą w każdej sytuacji. Została dobroć. Wierzę, że ona leży u podstaw wszystkiego, tak jak wierzę, że zło to jedynie brak dobra.
Skoro można zachować dla siebie szacunek i przyjaźń, gdy kończy się miłość, to może warto próbować ocalić związek, na przykład dla dzieci? Ludzie często tak robią.
Ale po co, skoro podstawą każdego związku są emocje, namiętności? Sam szacunek nie wystarczy, na emocjonalnym chłodzie nic się nie zbuduje, a już na pewno nic, co mogłoby uszczęśliwić dzieci. One czują, że uczestniczą w czymś, co jest tylko pozorem. Nie wierzę, że czerpią z tego coś dobrego. Nie potrafiłabym trwać w wypalonym związku, jestem na to zbyt szczera, zbyt otwarta. Mówię to, co czuję, i nie dbam o zachowywanie pozorów. Liczy się jasność i klarowność sytuacji, w jakiej się znajduję.

Związek, w jakim teraz się pani znajduje, jest właśnie taki?

Nie lubię mówić o życiu prywatnym i nie pojmuję, jak niektóre pary godzą się na publiczne wyznania na temat wzajemnych relacji, rozstań czy powrotów. Mój dom to mój zamek, moje życie uczuciowe to moja sprawa. Czynienie go obiektem publicznych rozważań to rzecz nie do pomyślenia. Zwłaszcza że mam przecież dzieci, które kolorowa prasa i tak już wystawiała na próbę, wypisując o mnie brednie. Na szczęście moje dzieciaki mają na to, jak same mówią, „olewkę”.

Jest pani matką trójki dzieci, prawie dorosłej córki i dwójki rodzeństwa, które z mężem zaadoptowaliście. O ile wiem, stało się to w dość dramatycznych okolicznościach.

Tak, bo moja córka Oleńka omal się wtedy nie zaczadziła. Dziś wierzę, że tak miało być – Ola miała trafić do szpitala po to, byśmy stali się rodzicami także dla Mileny i Patryka. Oboje z Waldkiem tak wtedy ustaliliśmy, choć to on podjął ostateczną decyzję jako głowa rodziny. W pełni ją zaakceptowałam. Trudności pojawiły się dopiero potem – mówię o trudnościach wychowawczych. Przeżyliśmy prawdziwą szkołę przetrwania. Oleńka jest osobą niezwykłą, fantastyczną dziewczyną o gołębim sercu, ale jej także nie było łatwo, sama też przechodziła trudny okres. Adopcja dużych dzieci była wielkim wyzwaniem dla naszego związku. Jestem jednak pewna, że to musiało się stać, docieranie się, wszystkie sztormy też były potrzebne. To kolejny dowód na to, że warto podejmować nowe wyzwania.

Jaką pani jest matką? Surową, uczącą dystansu czy przyjaciółką?
Zdecydowanie przyjaciółką. Mamy partnerskie relacje. Jak zwracam dzieciom na coś uwagę, to oczekuję, że one też powiedzą mi, co jest u mnie nie tak. W dużej rodzinie to najlepsze rozwiązanie. Poza tym fajnie jest, gdy taki układ działa w obie strony. Ja też od dzieci czegoś się uczę. Bardzo chciałabym wychować całą trójkę na ludzi mających poczucie własnej wartości. Ale nie jestem matką nadopiekuńczą, nie chronię ich przesadnie.
Jest pani jedną z jurorek nowego programu „Mam talent”, w którym „wyławia się” uzdolnionych ludzi z przeróżnych dziedzin. Organizatorzy szukali osoby, która… łatwo się wzrusza. Wybrali panią. Mieli rację?
Ten wizerunek wcielonej dobroci i anielskiego spokoju zawdzięczam postaci Zosi z serialu „Na dobre i na złe”. Co nie znaczy, że prywatnie jestem taka, jak ona. Na pewno mam znacznie gwałtowniejszy temperament i potrafię z pazurami zawalczyć o swoje, wykrzyczeć własną złość. Emocji nie można kumulować, lepiej je z siebie wyrzucić. Po pierwszych odcinkach programu niektórzy mogą być zdziwieni. Bo rzekoma „anielica”, czyli ja, okazuje się być czasem surowym policjantem, jak mnie tam nazwano. Ten program to niezwykłe doświadczenie. Pojawili się w nim różni ludzie, nawet kompletnie bezkrytyczni. Kilka razy jednak miałam wrażenie, że doświadczam cudu. Bo oto po prezentacji serii uczestników, którzy nigdy nie powinni tam trafić, wychodzi nieśmiała, chuda dziewczynka mówiąca nieskładnie i nagle przemawia tak wspaniałym głosem, że nawet teraz czuję gęsią skórkę i ścisk w gardle. Albo para, która pokazała nam absolutnie skomplikowany układ akrobatyczny. To była po prostu perła, czyste piękno, coś tak niesamowitego, że wszyscy wstrzymaliśmy oddechy z zachwytu. Dla takich chwil warto było pojawić się w tym programie.

Kiedyś powiedziała pani, że szczęście to taki stan umysłu, jaki czasami udaje się pani osiągnąć.

Szczęście to dla mnie stan uspokojenia, pogodzenia z sobą. Zbyt wiele we mnie teraz chaosu, bym mogła o nim mówić. Poza tym jestem nieludzko zmęczona, potrzebuję odpoczynku, także zawodowo zbyt wiele wzięłam na siebie. Mam za sobą ciężki rok. Ta bryczka, którą ciągnę, ma zbyt wiele par lejców, muszę się nimi podzielić z innymi. Mam ochotę krzyknąć: „Drogi, kochany świecie, wystarczy mi jedna para lejców, wiśta i wio!”. (śmiech) Chciałabym robić mniej rzeczy naraz.

Jestem pod wrażeniem spektaklu „Jabłko” Thiessena w Teatrze Komedia, opowieści o małżeńskim trójkącie, gdzie gra pani zdradzaną żonę. Bohaterkę dopada śmiertelna choroba, a najbliższą jej osobą okazuje się… kochanka męża.

To niezwykła sztuka, którą można interpretować na wiele sposobów. Rzecz o kryzysie małżeństwa, o zdradzie, która pojawia się jako ucieczka od samotności. Jest tam mężczyzna zaniedbywany przez żonę zajętą robieniem kariery, młodziutka studentka spragniona prawdziwego uczucia i wielkiej namiętności, którą odnajduje w tym trudnym związku.
W innej konfiguracji przeżyła pani podobną sytuację. Pielęgnowała pani Darię Trafankowską, kiedy ona umierała. A przecież była to żona pani wieloletniego partnera.
Powracało do mnie na scenie wspomnienie Darii, starałam się nie ciągnąć go za sobą, choć bardzo tego chciałam… Dusia była niezwykłą osobą, nie znam nikogo, kto by jej nie akceptował, nie lubił, była samą dobrocią. Całe życie dawała siebie innym, czasem myślę nawet, że zachorowała, bo już nic nie zostawiła dla siebie. Pamiętam naszą rozmowę, opowiadała o tym, jak to jest, gdy z dnia na dzień świat, który obracał się wokół ciebie w zawrotnym tempie, nagle staje w miejscu… Wciąż nie ma we mnie zgody na jej śmierć. A wracając do sztuki, ona rzeczywiście wywołuje wśród widzów emocje, prowokuje do stawiania pytań. A ile my po spektaklach przegadaliśmy godzin o tym, czego doświadczamy na scenie. Tam bohaterom przydarzają się rzeczy piękne i potwornie bolesne. Ale ja jestem taki domowy filozof. Myślę, że jeśli na życie patrzymy powierzchownie, to ból traktujemy jako zło. Wierzę, że wszystko jest po coś, że nic nie dzieje się w naszym życiu bez przyczyny.
Cierpimy też po coś?
Wszystko ma głęboki sens. Tylko trudne sytuacje wpływają na nasze życie duchowe, kształtują nas. Życie w dostatku, sukcesy nie zmieniają niczego. To dzieje się wyłącznie w niewygodzie.
Przyznam, że zdanie w rodzaju: „Co cię nie zabije, to cię wzmocni”, zawsze budziło mój bunt. Gwałtowny protest.

Rozumiem, bo nie jest łatwo nauczyć się pokory wobec życia, wobec cierpienia i faktu, że coś nam nagle odebrano. Często tłumaczę sobie, że nikt nie dał mi nic na zawsze. To, co mam, dostałam od losu „w dzierżawę” i wiem, że w każdej chwili może mi zostać odebrane. Doceniam pracę, pieniądze, zdrowie, ale nie traktuję tej sytuacji jako constans. Mam nadzieję, że dzięki temu łatwiej mi będzie znieść upadki. Przeżyłam burze z piorunami, które sama na siebie sprowadziłam, a potem buntowałam się, gdy waliły grzmoty. Staram się teraz brać te sytuacje „na warsztat” i analizować, dlaczego potykam się akurat w tych, a nie innych okolicznościach. I próbuję to zrozumieć.





Źródło: Sukces 2008